Zapraszamy na naszą stronę facebookowa 584ac2d03ac3a570f94a666d

życzenia wielkanoc 

Papież Franciszek

Rozważanie przed modlitwą  19 czerwca2022/wiara.pl 

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry i dobrej niedzieli!


We Włoszech i w innych krajach obchodzimy dziś uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Eucharystia, ustanowiona podczas Ostatniej Wieczerzy była jakby punktem dotarcia w podróży, którą Jezus zapowiedział poprzez pewne znaki, zwłaszcza rozmnożenie chlebów, o którym mówi Ewangelia dzisiejszej liturgii (por. Łk 9, 11b-17). Jezus troszczy się o wielki tłum, który szedł za Nim pragnący słyszeć Jego słowo i wyzwolenia od różnego rodzaju zła. Błogosławi pięć chlebów i dwie ryby, łamie je, uczniowie rozdają i „nasycili się wszyscy” (Łk 9, 17) – mówi Ewangelia. W Eucharystii każdy może doświadczyć tej miłującej i konkretnej wrażliwości Pana. Kto z wiarą przyjmuje Ciało i Krew Chrystusa, nie tylko spożywa, ale zostaje nasycony. Spożywanie i zostanie nasyconym: chodzi o dwie potrzeby podstawowe, które zostają zaspokojone w Eucharystii.

Więcej…

Rozważanie przed modlitwą  19 czerwca2022/wiara.pl 

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry i dobrej niedzieli!


We Włoszech i w innych krajach obchodzimy dziś uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Eucharystia, ustanowiona podczas Ostatniej Wieczerzy była jakby punktem dotarcia w podróży, którą Jezus zapowiedział poprzez pewne znaki, zwłaszcza rozmnożenie chlebów, o którym mówi Ewangelia dzisiejszej liturgii (por. Łk 9, 11b-17). Jezus troszczy się o wielki tłum, który szedł za Nim pragnący słyszeć Jego słowo i wyzwolenia od różnego rodzaju zła. Błogosławi pięć chlebów i dwie ryby, łamie je, uczniowie rozdają i „nasycili się wszyscy” (Łk 9, 17) – mówi Ewangelia. W Eucharystii każdy może doświadczyć tej miłującej i konkretnej wrażliwości Pana. Kto z wiarą przyjmuje Ciało i Krew Chrystusa, nie tylko spożywa, ale zostaje nasycony. Spożywanie i zostanie nasyconym: chodzi o dwie potrzeby podstawowe, które zostają zaspokojone w Eucharystii.

Spożywanie. „Wszyscy jedli” - pisze św. Łukasz. Wczesnym wieczorem uczniowie radzą Jezusowi, aby oddalił tłum, żeby mógł pójść i poszukać pożywienia. Ale Nauczyciel chce zapewnić także i to: tym, którzy Go słuchali, chce dać także pożywienie. Cud chleba i ryb nie dokonuje się jednak w sposób spektakularny, lecz niemal powściągliwy, jak na uczcie weselnej w Kanie: chleba przybywa w miarę przechodzenia z rąk do rąk. Jedząc tłum uświadamia sobie, że Jezus troszczy się o wszystko. Taki jest Pan obecny w Eucharystii: wzywa nas, abyśmy byli obywatelami nieba, ale jednak uwzględnia drogę, którą musimy przebyć tu, na ziemi. Jeśli mam mało chleba w torbie, On to wie i o to się troszczy.

Czasami istnieje groźba ograniczenia Eucharystii do jakiegoś wymiaru ogólnikowego, odległego, może jasnego i pachnącego kadzidłem, lecz dalekiego od trudów codziennego życia. W rzeczywistości Pan bierze sobie do serca wszystkie nasze potrzeby, począwszy od tych najbardziej podstawowych. I chce dać przykład uczniom, mówiąc: „Wy dajcie im jeść!” (w. 13), tym ludziom, którzy słuchali go w ciągu dnia. Nasza adoracja eucharystyczna weryfikuje się, gdy troszczymy się o bliźniego, tak jak czyni to Jezus: wokół nas istnieje głód pokarmu, ale także istnieje głód towarzystwa, istnieje głód pocieszenia, istnieje głód przyjaźni, istnieje głód dobrego humoru, istnieje głód wrażliwości istnieje głód bycia ewangelizowanymi. Odnajdujemy to w Chlebie Eucharystycznym: Chrystus zwraca uwagę na nasze potrzeby i zaprasza, abyśmy czynili to samo wobec tych, którzy są obok nas. Musimy jeść i dawać do spożycia.


Jednak poza spożywaniem nie może też zabraknąć uczucia sytości. Tłum nasycił się nie tylko obfitością jedzenia, ale także radością i zdumieniem, że otrzymał je od Jezusa! Z pewnością potrzebujemy posilania się, ale także nasycenia, to znaczy wiedzy, że pokarm jest nam dany z miłości. W Ciele i Krwi Chrystusa odnajdujemy Jego obecność, Jego życie oddane za każdego z nas. On nie tylko daje nam pomoc, abyśmy mogli iść dalej, ale daje nam siebie samego: czyni się naszym towarzyszem podróży, wkracza w nasze sprawy, nawiedza nasze samotności, przywracając sens i entuzjazm. To nas nasyca, kiedy Pan nadaje sens naszemu życiu, naszym ciemnościom, naszym wątpliwościom, ale On widzi sens i to nas syci, ten sens, który Pan nam daje, to daje nam owo „coś więcej”, czego wszyscy szukamy: to znaczy obecności Pana! Bo w cieple Jego obecności nasze życie się przemienia: bez Niego byłoby naprawdę szare. Adorując Ciało i Krew Chrystusa, prośmy Go sercem: „Panie, daj mi chleba powszedniego, abym szedł naprzód, Panie, nasyć mnie swoją obecnością!”.

Niech Dziewica Maryja nauczy nas adorować Jezusa żywego w Eucharystii i dzielić się Nim z naszymi braćmi i siostrami.

 

 

 

Rozważanie przed modlitwą  29 maja/wiara.pl

Dziś we Włoszech i w wielu krajach obchodzimy uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, czyli powrotu Jezusa do Ojca. W liturgii Ewangelia według św. Łukasza opowiada o ostatnim objawieniu się Zmartwychwstałego Pana uczniom (por. 24, 46-53). Zwieńczeniem ziemskiego życia Jezusa jest właśnie Wniebowstąpienie, które wyznajemy również w Credo: „Wstąpił do nieba, siedzi po prawicy Ojca”. Co oznacza to wydarzenie? Jak je mamy rozumieć? Aby odpowiedzieć na to pytanie, zatrzymajmy się nad dwoma czynnościami, których Jezus dokonuje przed wstąpieniem do nieba: najpierw zapowiada dar Ducha Świętego, a następnie błogosławi uczniów. Zapowiada dar Ducha Świętego i błogosławi.

Po pierwsze, Jezus mówi do swoich przyjaciół: „Oto Ja ześlę na was obietnicę mojego Ojca” (w. 49). Mówi o Duchu Świętym, Pocieszycielu, o Tym, który będzie im towarzyszył, prowadził ich, wspierał w ich misji, bronił ich w walkach duchowych. Rozumiemy zatem coś ważnego: Jezus nie opuszcza uczniów. Wstępuje do nieba, ale nie zostawia nas samych. Przeciwnie, właśnie przez wstąpienie do Ojca zapewnia wylanie Ducha Świętego, swojego Ducha. Przy innej okazji powiedział: „Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was” (J 16, 7), to znaczy Duch Swięty. Także w tym widzimy miłość Jezusa do nas: Jego obecność jest obecnością, która nie chce ograniczać naszej wolności. Wręcz przeciwnie, robi dla nas miejsce, ponieważ prawdziwa miłość zawsze rodzi bliskość, która nie przygniata, nie jest zaborcza, jest bliska, ale nie jest zaborcza; przeciwnie, prawdziwa miłość czyni nas głównymi postaciami. Dlatego Chrystus zapewnia: „Idę do Ojca, a wy będziecie przyobleczeni mocą z wysoka: poślę wam Ducha mego, a wy Jego mocą będziecie kontynuować moje dzieło w świecie” (por. Łk 24, 49). Zatem Jezus, wstępując do nieba, zamiast pozostawać cieleśnie blisko niewielu uczniów, staje się bliskim dla wszystkich poprzez swojego Ducha. Duch Święty uobecnia w nas Jezusa, przekraczając bariery czasu i przestrzeni, aby uczynić nas Jego świadkami w świecie.

Bezpośrednio potem - jest to druga czynność - Chrystus podnosi ręce i błogosławi apostołów (por. w. 50). Jest to gest kapłański. Bóg, od czasów Aarona powierzał kapłanom zadanie błogosławienia ludu (por. Lb 6, 26). Ewangelia pragnie nam powiedzieć, że Jezus jest arcykapłanem naszego życia. Jezus wstępuje do Ojca, aby wstawiać się za nami, aby przedstawić Mu nasze człowieczeństwo. W ten sposób przed oczami Ojca są i zawsze będą, wraz z człowieczeństwem Jezusa, nasze życia, nasze nadzieje, nasze rany. Tak więc Chrystus, dokonując „wyjścia” do nieba, „toruje” nam drogę, idzie, aby przygotować dla nas miejsce i od tej pory wstawia się za nami, aby Ojciec zawsze nam towarzyszył i nas błogosławił.

Bracia i siostry, pomyślmy dziś o darze Ducha, który otrzymaliśmy od Jezusa, aby być świadkami Ewangelii. Zastanówmy się, czy naprawdę nimi jesteśmy, a także czy potrafimy kochać innych, pozostawiając im wolność i czyniąc dla nich miejsce. A potem: czy umiemy wstawiać się za innych, to znaczy czy umiemy modlić się za nich i błogosławić ich życie? Czy też służymy innym dla własnych korzyści? Nauczmy się tego: modlitwy wstawienniczej, wstawiania się za nadziejami i cierpieniami świata, wstawiania się za pokojem. I błogosławmy naszymi oczami i słowami tych, których spotykamy każdego dnia!

Módlmy się teraz do Matki Bożej, błogosławionej między niewiastami, która napełniona Duchem Świętym modli się i wstawia się zawsze za nami.

tlum. o. Stanisław Tasiemski OP (KAI) / Watykan

 

Homilia Watykan Msza Kanonizacyjna 15 maja /wiara.pl

Usłyszeliśmy słowa, które Jezus przekazuje swoim uczniom przed odejściem z tego świata do Ojca, słowa, które mówią, co to znaczy być chrześcijaninem: „Tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie” (J 13, 34). To jest testament, jaki zostawił nam Chrystus, podstawowe kryterium, które pozwala rozpoznać, czy naprawdę jesteśmy Jego uczniami, czy też nie – przykazanie miłości. Zastanówmy się nad dwoma zasadniczymi elementami tego przykazania: miłością Jezusa do nas – tak jak Ja was umiłowałem – oraz miłością, o której przeżywanie prosi On nas – żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie.

Po pierwsze – tak jak Ja was umiłowałem. Jak Jezus nas umiłował? Aż do końca, aż do całkowitego daru z siebie. Uderzające jest to, że wypowiada te słowa w ciemną noc, podczas gdy atmosfera w Wieczerniku jest pełna emocji i niepokoju; emocji, ponieważ Mistrz wkrótce pożegna się ze swoimi uczniami; niepokoju, ponieważ zapowiada, że właśnie jeden z nich Go zdradzi. Możemy sobie wyobrazić, jaki ból nosił w duszy Jezus, jakie ciemności wypełniały serca apostołów i jaka gorycz na widok Judasza, który otrzymawszy kęs umoczony dla niego przez Mistrza, wyszedł z Wieczernika, aby wejść w noc zdrady. I właśnie w godzinie zdrady Jezus potwierdza miłość do swoich. Bo w ciemnościach i burzach życia to właśnie jest najważniejsze: Bóg nas miłuje.

Bracia, siostry, niech to przesłanie będzie centrum wyznawania i wyrażania naszej wiary: „nie my umiłowaliśmy Boga, ale On sam nas umiłował” (1 J 4, 10). Nigdy o tym nie zapominajmy. W centrum nie jest nasza umiejętność i nasze zasługi, lecz jest bezwarunkowa i darmowa miłość Boga, na którą nie zasłużyliśmy.

U początków naszego bycia chrześcijanami, nie leżą doktryny i uczynki, lecz zadziwienie, gdy odkrywamy, że jesteśmy miłowani, przed jakąkolwiek naszą odpowiedzią. Podczas gdy świat często chce nas przekonać, że mamy wartość tylko wtedy, gdy osiągamy wyniki, Ewangelia przypomina nam prawdę życia: jesteśmy miłowani. I to jest naszym znaczeniem – jesteśmy miłowani. Pewien mistrz duchowy naszych czasów napisał: „Zanim zobaczył nas jakikolwiek człowiek, zostaliśmy dostrzeżeni przez miłujące oczy Boga. Zanim ktokolwiek usłyszał jak płaczemy lub śmiejemy się, byliśmy usłyszani przez naszego Boga, który słucha nas chętnie i uważnie. Zanim ktokolwiek na tym świecie do nas przemówił, przemawiał już do nas głos wiecznej miłości” (Henri J. NOUWEN, Życie Umiłowanego. Jak żyć duchowo w świeckim świecie?, Kraków 2005, s. 48-49). On pierwszy nas umiłował, On nas oczekiwał. On nas miłuje i nadal nas kocha. I to jest nasza tożsamość: jesteśmy miłowani przez Boga. To jest nasza siła: być miłowani przez Boga.


Ta prawda wymaga od nas nawrócenia się, odnośnie do często pojawiającej się w nas idei świętości. Niekiedy, kładąc zbyt duży nacisk na nasz wysiłek w spełnianiu dobrych uczynków, stworzyliśmy ideał świętości, który za bardzo opierał się na nas, na osobistym heroizmie, na umiejętności wyrzeczenia się, na poświęceniu się, by zdobyć nagrodę. jest to niekiedy nazbyt pelagiańska wizja życia, świętości. W ten sposób uczyniliśmy ze świętości cel nie do osiągnięcia, oderwaliśmy ją od zwyczajnych dni życia, zamiast szukać jej i przyjmować ją w codzienności, w kurzu ulicy, w trudach konkretnego życia i – jak mawiała Teresa z Avili do swoich sióstr – „między kuchennymi garnkami”. Być uczniami Jezusa i kroczyć drogą świętości, to przede wszystkim pozwolić, aby moc Bożej miłości przemieniła nas samych. Nie zapominajmy o prymacie Boga przed „ja”, Ducha przed ciałem, łaski przed uczynkami. Czasami przywiązujemy większą wagę, większe znaczenie do „ja”, do ciała i uczynków. Nie: prymat Boga nad „ja”, prymat Ducha nad ciałem, prymat łaski przed uczynkami.

Miłość, którą otrzymujemy od Pana jest siłą, która przemienia nasze życie: poszerza nasze serca i uzdalnia nas do miłości. Dlatego Jezus mówi – oto drugi aspekt – „tak jak Ja was umiłowałem, tak i wy miłujcie się wzajemnie”. To tak nie jest tylko zaproszeniem do naśladowania miłości Jezusa; oznacza, że możemy miłować tylko dlatego, że On nas umiłował, ponieważ daje naszym sercom swojego Ducha, Ducha świętości, miłości, która nas uzdrawia i przemienia. Dlatego możemy dokonywać wyborów i spełniać gesty miłości w każdej sytuacji i wobec każdego brata i siostry, których spotykamy, ponieważ jesteśmy miłowani i mamy siłę, by kochać. Tak jak jestem kochany, mogę kochać. Zawsze miłość, którą okazuję, jest zjednoczona z miłością Jezusa do mnie: „tak jak”. Tak jak On mnie umiłował, tak i ja mogę kochać. Życie chrześcijańskie jest takie proste! Czynimy je bardziej skomplikowanym poprzez wiele rzeczy, a jest ono tak bardzo proste.


A konkretnie, co to znaczy żyć tą miłością? Zanim Jezus zostawił nam to przykazanie, umył uczniom nogi, a wypowiedziawszy je oddał samego siebie na drzewie krzyża. Kochać to znaczy: służyć i oddać życie. Służyć, to znaczy nie stawiać na pierwszym miejscu własnych interesów; odtruwać się z trucizn chciwości i rywalizacji; zwalczać raka obojętności i robaka odnoszenia wszystkiego do siebie; dzielić się charyzmatami i darami, którymi obdarzył nas Bóg. Konkretnie, zadać sobie pytanie: „Co robię dla innych?”. To znaczy miłować i przeżywać codzienne sprawy w duchu służby, z miłością i bez rozgłosu, nie domagając się niczego.

Następnie oddać życie, które nie jest tylko ofiarowaniem czegoś, jak na przykład jakichś swoich dóbr innym, ale oddaniem samego siebie. Lubię pytać ludzi, którzy proszą mnie o radę: „Powiedz mi, czy dajesz jałmużnę?”. – „Tak, ojcze, daję jałmużnę ubogim” – „A kiedy dajesz jałmużnę, czy dotykasz ręki tej osoby, czy też wrzucasz jałmużnę i robisz to, aby się oczyścić?”. A oni się czerwienią: „Nie, nie dotykam”. „Kiedy dajesz jałmużnę, czy patrzysz w oczy osobie, której pomagasz, czy odwracasz wzrok?”. – „Nie patrzę”. Dotykajcie i patrzcie, dotykajcie i patrzcie na ciało Chrystusa cierpiące w naszych braciach i siostrach. To bardzo ważne. Dawanie życia jest właśnie tym. Świętość to nie kilka heroicznych gestów, lecz wiele codziennej miłości. „Jesteś osobą konsekrowaną? - jest ich dzisiaj tu bardzo wielu - Bądź świętym, żyjąc radośnie swoim darem. Jesteś żonaty albo jesteś mężatką? Bądź świętym, świętą kochając i troszcząc się o męża lub żonę, jak Chrystus o Kościół. Jesteś pracownikiem czy kobietą pracującą? Bądź świętym wypełniając uczciwie i kompetentnie twoją pracę w służbie braciom, i walcząc o sprawiedliwość twoich towarzyszy, aby nie byli bez pracy, aby sprawiedliwą zapłatę. Jesteś rodzicem, babcią lub dziadkiem? Bądź świętym, cierpliwie ucząc dzieci naśladowania Jezusa. Powiedz mi, czy sprawujesz władzę – jakże wiele osób sprawuje władzę – pytam was; sprawujesz władzę? Bądź świętym, walcząc o dobro wspólne i wyrzekając się swoich interesów osobistych” (por. Adhort. apost. Gaudete et exsultate, 14). Oto droga do świętości, taka prosta! Zawsze patrz na Jezusa obecnego w innych ludziach.


Służyć Ewangelii oraz braciom i siostrom, ofiarować swoje życie nie oczekując niczego w zamian – oto tajemnica: dawać nie oczekując niczego w zamian - bez szukania jakiejkolwiek chwały światowej: my także jesteśmy do tego powołani. Nasi towarzysze podróży, dziś kanonizowani, doświadczyli świętości w ten sposób: przyjmując z entuzjazmem swoje powołanie – kapłana, niektórzy osoby konsekrowanej, inni osoby świeckiej – poświęcili się dla Ewangelii, odkryli radość, która nie ma sobie równych i stali się jaśniejącymi odbiciami Pana w dziejach. Święty czy też święta swą właśnie tym: jaśniejącym odbicie Pana w dziejach. Spróbujmy także i my. droga do świętości nie jest zamknięta, jest powszechna, jest wezwaniem dla każdego z nas, zaczyna się od chrztu, nie jest zamknięta. Spróbujmy i my, bo każdy z nas jest powołany do świętości, do świętości jedynej i niepowtarzalnej. Świętość jest zawsze oryginalna, jak powiedział bł. Carlo Acutis: nie ma świętości w kserokopii, świętość jest oryginalna, jest moja, twoja, każdego z nas. Jest on wyjątkowa i niepowtarzalna. Tak, Pan ma dla każdego plan miłości, ma marzenie dla twojego życia, dla mojego życia, dla życia każdego z nas . Cóż chcecie aby wam powiedział? Realizujcie go z radością. Dziękuję.

 

Rozważanie przed modlitwą  1 maja/wiara.pl

Całość:Ewangelia dzisiejszej liturgii (J 21, 1-19) opowiada o trzecim ukazaniu się Jezusa Zmartwychwstałego apostołom. Spotkanie to odbywa się nad Jeziorem Galilejskim, a uczestniczy w nim przede wszystkim Szymon Piotr. Wszystko zaczyna się od tego, że mówi do innych uczniów: „Idę łowić ryby” (w. 3). Nic dziwnego, był rybakiem, ale porzucił ten zawód, od czasu właśnie, gdy na brzegu tego jeziora zostawił sieci, aby pójść za Jezusem. A teraz, kiedy Zmartwychwstały jeszcze nie przyszedł Piotr, być może trochę zniechęcony, proponuje innym powrót do dawnego życia. A inni się godzą: „Idziemy i my z tobą”. Ale - mówi Ewangelia – „tej nocy nic nie ułowili” (w. 3).

Także i nam może się przydarzyć, że z powodu znużenia, z rozczarowania, a może z lenistwa, zapomnimy o Panu i lekceważymy wspaniałe decyzje, jakie podjęliśmy, zadowalając się czymś innym. Na przykład, nie poświęcamy czasu na rozmowy w rodzinie, stawiając wyżej rozrywki osobiste; zapominamy o modlitwie, dając się porwać własnym potrzebom; zaniedbujemy działalność charytatywną, usprawiedliwiając się codziennymi pilnymi sprawami. Czyniąc to, doznajemy jednak rozczarowania: takie właśnie rozczarowanie przeżywał Piotr mając puste sieci, a my doznajemy rozczarowania tak, jak Piotr.

A co czyni Jezus z Piotrem? Wraca ponownie na brzeg jeziora, gdzie wybrał jego, Andrzeja, Jakuba i Jana, wybrał ich wszystkich czterech. Nie czyni wyrzutów, - Jezus nie czyni wyrzutów, zawsze dotyka serca - ale wzywa uczniów z czułością: „Dzieci” (w. 5). Następnie zachęca ich, tak jak niegdyś, do ponownego odważnego zarzucenia sieci. I po raz kolejny sieci są przepełnione aż do przesady. Bracia, siostry, kiedy w życiu nasze sieci są puste, to nie czas, by użalać się nad sobą, na zabawę, na powrót do dawnych rozrywek. Jest to czas, żeby od nowa wyruszyć z Jezusem, to czas, by znaleźć odwagę, to czas, żeby zacząć od nowa, to czas, aby wypłynąć z Nim ponownie na głębię. Zawsze, w obliczu rozczarowania lub życia, które straciło sens - "dziś czuję, że się cofnąłem...". - zacznij od nowa z Jezusem, zacznij od nowa, wróć na właściwą drogę! On czeka na Ciebie. I myśli tylko o tobie, o mnie, o każdym z nas.

Piotr potrzebował tego „wstrząsu”. Kiedy słyszy jak Jan woła: „To jest Pan!” (w. 7), natychmiast rzuca się w wodę i płynie w kierunku Jezusa. Jest to gest miłości, ponieważ miłość wykracza poza to, co użyteczne, co wypada i co należne; miłość rodzi zdumienie, inspiruje porywy twórcze, bezinteresowne. Tak więc, podczas gdy Jan, najmłodszy, rozpoznaje Pana, to Piotr, najstarszy, rzuca się w Jego kierunku. W tym skoku jest cały nowo odkryty entuzjazm Szymona Piotra.

Drodzy bracia i siostry, dziś Chrystus Zmartwychwstały zaprasza nas wszystkich, każdego z nas, zachęca nas do zanurzenia się w dobro bez obawy, że coś utracimy, bez zbytniego kalkulowania, bez czekania, aż inni zaczną. Dlaczego? Nie czekać na innych, bo aby wyjść na spotkanie Jezusa, musimy stracić równowagą. Trzeba odważnie utracić równowagę, ciągle wyruszać na nowo tracąc równowagę, podejmując ryzyko. Zadajmy sobie pytanie: czy jestem zdolny do jakiegoś wybuchu wielkoduszności, czy też pohamowuję impulsy serca i zamykam się w nawyku, lub w lęku? Trzeba się rzucić, skoczyć do wody. To jest dzisiejsze słowo Jezusa.

Wreszcie na końcu tego epizodu Jezus trzykrotnie zadaje Piotrowi pytanie: „Czy kochasz Mnie?” (w. 15.16). Zmartwychwstały Pan pyta nas także dzisiaj: Czy kochasz Mnie? Ponieważ w okresie wielkanocnym Jezus pragnie, aby nasze serca również zmartwychwstały, bo wiara nie jest kwestią wiedzy, lecz miłości. „Czy kochasz Mnie?” - pyta Jezus ciebie, mnie, nas, którzy mamy puste sieci i często boimy się zacząć od nowa; ciebie, mnie, nas wszystkich, który nie mamy odwagi zanurzyć się w wodzie i może straciliśmy entuzjazm. „Czy kochasz Mnie?” - pyta Jezus. Od tej chwili Piotr na zawsze zaprzestał łowić ryby i poświęcił się służbie Bogu i swoim braciom, aż do oddania życia tutaj, gdzie teraz jesteśmy. A czy my chcemy miłować Jezusa?

Niech Matka Boża, która ochoczo powiedziała Panu „tak”, pomoże nam na nowo odkryć entuzjazm dobra.


tłum. o. Stanisław Tasiemski OP (KAI) / Watykan

 

Wigilia Paschalna w bazylice św. Piotra w Watykanie/wiara.pl

 

 Całość: „Rozgwieżdżone noce ukraińskie, drogie sercu.O spokoju i dobroczynna ciszo” (M. Bułhakow La guardia bianca, Milano 2012, 392). W ten sposób wielki pisarz przywołał piękno rozgwieżdżonych nocy. Tymczasem wojenne noce są przeorane świetlistymi smugami śmierci. W tę noc, bracia i siostry, pozwólmy się wziąć za rękę niewiastom z Ewangelii, aby wraz z nimi odkryć jutrzenkę Bożego światła jaśniejącą w ciemnościach świata. Niewiasty te, gdy noc już słabła, a bezdźwięcznie wschodził pierwszy brzask świtu, poszły do grobu, by namaścić ciało Jezusa. I tam przeżyły wstrząsające doświadczenie: najpierw odkryły, że grób jest pusty; potem zobaczyły dwie postaci w olśniewających szatach, które oznajmiły im, że Jezus zmartwychwstał; i natychmiast pobiegły, aby oznajmić to pozostałym uczniom (por. Łk 24, 1-10). Widzą, słuchają, głoszą: poprzez te trzy działania my także wchodzimy w Paschę Pana.

Niewiasty widzą. Pierwsze przepowiadanie Zmartwychwstania nie jest powierzone formule, którą trzeba zrozumieć, lecz znakowi, który należy kontemplować. Na cmentarzu, przy grobie, gdzie wszystko powinno być uporządkowane i spokojne, kobiety „kamień zastały odsunięty od grobu. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa” (w. 2-3). Pascha zaczyna się więc od obalenia naszych schematów. Dociera z darem zaskakującej nadziei. Ale nie jest łatwo ją przyjąć. Czasami - musimy to przyznać - ta nadzieja nie znajduje miejsca w naszych sercach. Podobnie jak u niewiast z Ewangelii, także i w nas przeważają pytania i wątpliwości, a naszą pierwszą reakcją w obliczu nieoczekiwanego znaku jest lęk, „twarz pochylona ku ziemi” (por. w. 4-5).

Nazbyt często spoglądamy na życie i rzeczywistość oczami zwróconymi ku dołowi. Patrzymy jedynie na przemijający dzień dzisiejszy, jesteśmy rozczarowani przyszłością, zamykamy się w swoich potrzebach, siedzimy w więzieniu apatii, wciąż narzekamy i myślimy, że nic się nie zmieni. W ten sposób trwamy w bezruchu przed grobem rezygnacji i fatalizmu, grzebiąc radość życia. Jednak tej nocy Pan chce nam dać inne oczy, rozpalone nadzieją, że lęk, ból i śmierć nie będą miały względem nas ostatniego słowa. Dzięki Passze Jezusa możemy przejść z nicości do życia, „a śmierć nie będzie już mogła nas pozbawić naszego istnienia” (K. RAHNER, Cosa significa la Pasqua, Brescia 2021, 28): zostało ono całkowicie i na zawsze ogarnięte bezgraniczną miłością Boga. To prawda, że może nas przerażać i paraliżować, ale Pan zmartwychwstał! Spójrzmy w górę, zdejmijmy z oczu zasłonę goryczy i smutku, otwórzmy się na Bożą nadzieję!

Po drugie, niewiasty słuchają. Gdy ujrzały pusty grób, rzekli do nich dwaj mężowie w lśniących szatach: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał” (w. 5-6). Warto, abyśmy słuchali i powtarzali te słowa: nie ma Go tutaj! Za każdym razem, gdy twierdzimy, że zrozumieliśmy wszystko o Bogu, że potrafimy Go zmieścić w naszych schematach, powtórzmy sobie samym: nie ma Go tutaj! Ilekroć szukamy Go tylko w chwilach wzruszenia lub w potrzebie, a potem odkładamy Go na bok i zapominamy o Nim w konkretnych sytuacjach i wyborach dnia codziennego, powtarzajmy: nie ma Go tutaj! A kiedy myślimy o uwięzieniu Go w naszych słowach, formułach i przyzwyczajeniach, ale zapominamy szukać Go w najciemniejszych zakątkach życia, tam, gdzie są ci, którzy płaczą, walczą, cierpią i mają nadzieję, powtarzajmy: nie ma Go tutaj!

Usłyszmy także i my pytanie skierowane do niewiast: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych?” Nie możemy sprawować Paschy, jeśli nadal będziemy trwali w śmierci; jeśli pozostaniemy więźniami przeszłości; jeśli w życiu nie będziemy mieli odwagi, by pozwolić, żeby Bóg nam przebaczył, by zmienić się, by zerwać ze złymi uczynkami, by opowiedzieć się za Jezusem i Jego miłością; jeśli sprowadzimy wiarę do amuletu, czyniąc z Boga piękne wspomnienie minionych czasów, zamiast spotkać Go dzisiaj jako Boga żywego, który chce przemienić nas i świat. Chrześcijaństwo, które szuka Pana wśród reliktów przeszłości i zamyka Go w grobowcu przyzwyczajenia, jest chrześcijaństwem bez Paschy. Lecz Pan zmartwychwstał! Nie zatrzymujmy się przy grobach, ale idźmy i odkryjmy Go na nowo, Żywego! I nie bójmy się szukać Go także w twarzach naszych braci i sióstr, w historii tych, którzy mają nadzieję i marzenia, w bólu tych, którzy płaczą i cierpią: Bóg jest tam obecny!

W końcu niewiasty głoszą. Co głoszą? Radość Zmartwychwstania. Pascha nie jest po to, by pocieszyć w skrytości tych, którzy opłakują śmierć Jezusa, ale po to, by otworzyć ich serca na niezwykłe obwieszczenie zwycięstwa Boga nad złem i śmiercią. Światło zmartwychwstania nie chce więc zatrzymywać kobiet w ekstazie osobistej radości, nie toleruje postaw zasiedziałych, lecz rodzi uczniów-misjonarzy, którzy „wracają od grobu” (por. w. 9) i niosą wszystkim Ewangelię Zmartwychwstałego. Dlatego niewiasty, widząc i słysząc, biegną, aby oznajmić uczniom radość Zmartwychwstania. Wiedzą, że mogą zostać wzięte za szalone, do tego stopnia, że Ewangelia mówi, iż słowa ich brzmiały jak „ czcza gadanina” (w. 11), ale nie martwią się o swoją reputację, o obronę swojego wizerunku; nie mierzą swoich uczuć, nie kalkulują słów.

Jakże piękny jest Kościół, który w ten sposób przemierza drogi świata! Bez lęku, bez taktyki i oportunizmu, tylko z pragnieniem niesienia wszystkim radości Ewangelii. Do tego właśnie jesteśmy powołani: by doświadczać Zmartwychwstałego Pana i dzielili się Nim z innymi; odsuwać kamień od grobu, w którym często zapieczętowaliśmy Pana, aby szerzyć Jego radość w świecie. Sprawmy, aby zmartwychwstał Jezus, Żyjący, z grobów, w których Go zamknęliśmy; uwolnijmy Go od formalności, w których często Go więziliśmy; obudźmy się ze snu spokojnego życia, w którym Go niekiedy układaliśmy, aby już nam nie przeszkadzał i nie niepokoił. Wnośmy Go w nasze codzienne życie: poprzez gesty pokoju w tym czasie naznaczonym okropnościami wojny; poprzez dzieła pojednania w zerwanych relacjach i przez współczucie dla potrzebujących; poprzez działania na rzecz sprawiedliwości pośród nierówności i prawdy pośród kłamstw. A przede wszystkim nieśmy Go z uczynkami miłości i braterstwa.

Bracia i siostry, nasza nadzieja ma na imię Jezus. Wszedł do grobu naszego grzechu, dotarł do najdalszych miejsc, gdzie byliśmy zagubieni, przeszedł przez plątaninę naszych lęków, dźwigał ciężar naszych ucisków i z najciemniejszych głębin naszej śmierci obudził nas do życia i przemienił naszą żałobę w taniec. Świętujmy Paschę z Chrystusem! On jest żywy i wciąż przechodzi, przemienia i wyzwala. Z Nim zło nie ma już mocy, porażka nie może nas powstrzymać przed rozpoczęciem od nowa, śmierć staje się przejściem ku początkowi nowego życia. Ponieważ z Jezusem, Zmartwychwstałym, żadna noc nie jest nieskończona, a nawet w najgęstszych ciemnościach jaśnieje gwiazda poranna.

 HOMILIA OJCA ŚWIĘTEGO - Niedziela Palmowa 10.4.22 /wiara.pl

...Bracia, siostry, w tym tygodniu przyjmijmy jako pewność, że Bóg może przebaczyć każdy grzech, każde oddalenie, zamienić wszelki płacz w taniec (por. Ps 30, 12); pewność, że z Jezusem zawsze jest miejsce dla wszystkich; że z Jezusem nigdy nie jest po wszystkim, nigdy nie jest za późno. Z Bogiem zawsze możemy powrócić do życia. Odwagi, podążajmy ku Wielkanocy z Jego przebaczeniem. Ponieważ Chrystus nieustannie wstawia się za nami u Ojca (por. Hbr 7, 25), a patrząc na nasz pełen przemocy i zraniony świat, nie przestaje powtarzać: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią..

Całość

Bracia, siostry, pomyślmy, że Bóg postępuje tak samo z nami – kiedy sprawiamy Mu ból naszymi czynami, On cierpi i ma tylko jedno pragnienie: by mógł nam przebaczyć. Aby to sobie uświadomić, spójrzmy na Ukrzyżowanego. Właśnie z Jego ran, z tych otchłani bólu, spowodowanego naszymi gwoździami, wypływa przebaczenie. Spójrzmy na Jezusa na krzyżu i pomyślmy, że nigdy nie usłyszeliśmy lepszych słów: Ojcze, przebacz. Patrzymy na Jezusa na krzyżu i widzimy, że nigdy nie zostaliśmy obdarzeni bardziej czułym i współczującym spojrzeniem. Patrzymy na Jezusa na krzyżu i uświadamiamy sobie, że nigdy nie zaznaliśmy bardziej miłującego uścisku. Spójrzmy na Ukrzyżowanego i powiedzmy: „Dziękuję Ci, Jezu – Ty mnie kochasz i zawsze mi przebaczasz, nawet wtedy, gdy mnie jest trudno kochać siebie i sobie wybaczyć”.

Tam, gdy jest krzyżowany, w najtrudniejszym momencie Jezus realizuje swoje najtrudniejsze przykazanie: miłość nieprzyjaciół. Pomyślmy o kimś, kto nas zranił, obraził, rozczarował; o kimś, kto nas rozgniewał, nie zrozumiał lub nie był dobrym przykładem. Jak wiele czasu poświęcamy na rozmyślanie o tych, którzy nas skrzywdzili! A także na patrzenie w głąb siebie i lizanie ran zadanych nam przez innych, przez życie, przez historię. Jezus uczy nas dzisiaj, abyśmy na tym się nie zatrzymywali, ale reagowali. Aby przerwać błędne koło zła i ubolewań. Abyśmy na gwoździe życia odpowiadali miłością, na ataki nienawiści – czułością przebaczenia. Ale czy my, uczniowie Jezusa, idziemy za Mistrzem, czy też za naszym nieprzejednanym instynktem? Jeśli chcemy sprawdzić, czy należymy do Chrystusa, przyjrzyjmy się temu, jak postępujemy wobec tych, którzy nas skrzywdzili. Pan nas prosi, abyśmy nie reagowali tak, jak by się chciało lub jak czynią wszyscy, ale tak, jak On to czyni w stosunku do nas. Prosi nas o przerwanie łańcucha: „Kocham cię, jeśli ty mnie kochasz; jestem twoim przyjacielem, jeśli ty jesteś moim przyjacielem; pomogę ci, jeśli ty mi pomożesz”. Nie – okazywanie współczucia i miłosierdzia wszystkim, ponieważ Bóg widzi w każdym swoje dziecko. Nie dzieli nas na dobrych i złych, na przyjaciół i wrogów. To my tak robimy, zadając Mu cierpienie. Dla Niego wszyscy jesteśmy umiłowanymi dziećmi, które pragnie wziąć w ramiona i którym pragnie przebaczyć.


Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Ewangelia podkreśla, że Jezus to „mówił” (w. 34) – nie powiedział tego raz na zawsze w chwili krzyżowania, ale spędził godziny na krzyżu z tymi słowami na ustach i w sercu. Bóg niestrudzenie przebacza, a nie wytrzymuje do pewnego momentu i potem zmienia zdanie, jak to my mamy pokusę czynić. Jezus - jak uczy Ewangelia św. Łukasza - przyszedł na świat, aby przynieść nam odpuszczenie grzechów (por. Łk 1, 77), a na koniec dał nam dokładne polecenie – abyśmy w Jego imię głosili wszystkim odpuszczenie grzechów (por. Łk 24, 47). Niech nas nie nuży Boże przebaczenie – nas, kapłanów, jego udzielanie, każdego chrześcijanina przyjmowanie go i dawanie o nim świadectwa.

Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz. Jezus nie tylko prosi o przebaczenie, lecz także podaje powód: przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Ale jak to? Ci, którzy Go krzyżowali, z premedytacją zaplanowali zabicie Go, zorganizowali pojmanie Go, procesy, a teraz są na Kalwarii, aby być świadkami Jego końca. A jednak Chrystus usprawiedliwia tych brutalnych ludzi, bo nie wiedzą. Tak właśnie Jezus postępuje wobec nas - staje się naszym obrońcą. Nie staje przeciwko nam, lecz za nami, przeciwko naszemu grzechowi. Ciekawy jest argument, którego używa: bo nie wiedzą. Kiedy człowiek stosuje przemoc, nic już nie wie o Bogu, który jest Ojcem, ani o innych ludziach, którzy są braćmi. Zapomina, po co jest na świecie, i posuwa się do popełniania absurdalnych okrucieństw. Widzimy to w szaleństwie wojny, gdzie znów krzyżuje się Chrystusa. Tak, Chrystus po raz kolejny jest przybijany do krzyża w matkach, które opłakują niesprawiedliwą śmierć swoich mężów i dzieci. Jest krzyżowany w uciekających przed bombami uchodźcach z dziećmi na rękach. Jest krzyżowany w starcach, pozostawionych samym sobie na śmierć, w ludziach młodych, pozbawionych przyszłości, w żołnierzach, posyłanych, by zabijali swoich braci.


Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Wielu słucha tych niesłychanych słów, ale tylko jeden je przyjmuje. Jest to złoczyńca, ukrzyżowany obok Jezusa. Możemy sądzić, że miłosierdzie Chrystusa wzbudziło w nim ostatnią nadzieję i skłoniło go do wypowiedzenia tych słów: „Jezu, wspomnij na mnie” (Łk 23, 42). Jakby chciał powiedzieć: „Wszyscy o mnie zapomnieli, a Ty myślisz także o tych, którzy Cię krzyżują. U Ciebie jest więc miejsce także dla mnie”. Dobry łotr przyjmuje Boga, gdy jego życie dobiega końca, i w ten sposób jego życie zaczyna się na nowo. W piekle świata widzi otwierający się raj: „Dziś będziesz ze Mną w raju” (w. 43). Oto cud przebaczenia Boga, który przemienia ostatnią prośbę człowieka skazanego na śmierć w pierwszą kanonizację w dziejach.

Bracia, siostry, w tym tygodniu przyjmijmy jako pewność, że Bóg może przebaczyć każdy grzech, każde oddalenie, zamienić wszelki płacz w taniec (por. Ps 30, 12); pewność, że z Jezusem zawsze jest miejsce dla wszystkich; że z Jezusem nigdy nie jest po wszystkim, nigdy nie jest za późno. Z Bogiem zawsze możemy powrócić do życia. Odwagi, podążajmy ku Wielkanocy z Jego przebaczeniem. Ponieważ Chrystus nieustannie wstawia się za nami u Ojca (por. Hbr 7, 25), a patrząc na nasz pełen przemocy i zraniony świat, nie przestaje powtarzać: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.

 

Rozważanie przed modlitwą „Anioł Pański” 27 marca /wiara.pl 

Drodzy bracia i siostry, dobrej niedzieli, dzień dobry!


Ewangelia dzisiejszej niedzieli opowiada tak zwaną przypowieść o synu marnotrawnym (por. Łk 15, 11-32). Prowadzi nas ona wprost do serca Boga, który zawsze przebacza ze współczuciem i czułością, zawsze. Bóg zawsze przebacza, to na trudno prosić o przebaczenie, ale On zawsze przebacza. Mówi nam, że Bóg jest Ojcem, który nie tylko przyjmuje na nowo, ale cieszy się i wyprawia ucztę dla tego swojego syna, który powrócił do domu roztrwoniwszy cały swój majątek. To my jesteśmy tym synem i wzrusza nas myśl, jak bardzo Ojciec zawsze nas miłuje i na nas czeka.

Ale w tej samej przypowieści jest też starszy syn, który rozgniewał się na tego Ojca, i który może rozgniewać także i nas. Jest w nas bowiem także ten starszy syn i przynajmniej częściowo chcielibyśmy przyznać mu rację: zawsze wypełniał swoje obowiązki, nie odszedł z domu, dlatego oburza się, gdy widzi, że Ojciec ponownie przygarnia jego brata, który uczynił coś złego. Protestuje i mówi: „Oto tyle lat ci służę i nie przekroczyłem nigdy twojego nakazu”, ale dla „tego twojego syna” wręcz wyprawiasz ucztę! (w. 29-30). "Nie rozumiem cię. To jest oburzenie najstarszego syna.

Z tych słów wyłania się problem starszego syna. W swojej relacji z Ojcem opiera wszystko jedynie na wypełnianiu poleceń, na poczuciu obowiązku. Może to być także nasz problem, nasz problem między nami i z Bogiem: stracenie z oczu faktu, że jest On Ojcem, i przeżywanie religii oddalonej, wyrażającej się w zakazach i obowiązkach. Konsekwencją tego dystansu jest rygoryzm wobec bliźniego, którego nie postrzegamy już jako brata. W przypowieści starszy syn istotnie nie mówi do Ojca: brat mój, lecz syn twój, jak by chciał powiedzieć: to nie jest mój brat. I w końcu to jemu grozi, że pozostanie poza domem. Rzeczywiście, jak czytamy w tekście – „nie chciał wejść” (w. 28), bo wybł w nim drugi syn.

Widząc to, Ojciec wychodzi, aby go błagać: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, do ciebie należy” (w. 31). Próbuje mu uświadomić, że dla niego każde dziecko jest całym jego życiem. Rodzice dobrze o tym wiedzą, ponieważ są bardzo blisko uczucia Boga. Piękne jest to, co mówi pewien ojciec w powieści: „kiedy zostałem ojcem, zrozumiałem Boga” (H. DE BALZAC, Ojciec Goriot, Gdańsk 2000, 63). W tym momencie przypowieści ojciec otwiera swoje serce przed starszym synem i wyraża mu dwie potrzeby, które nie są nakazami, lecz wymaganiami serca: „trzeba było weselić się i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył” (w. 32). Zobaczmy, czy i my mamy w naszych sercach te dwie potrzeby Ojca: weselić się i cieszyć.


Po pierwsze, weselić się, to znaczy okazywać nasze uczucia tym, którzy pokutują lub są w drodze, tym, którzy przeżywają kryzys lub są daleko. Dlaczego mamy to czynić? Pomoże to przezwyciężyć strach i zniechęcenie, które mogą wynikać z przypomnienia sobie o swoich grzechach. Ci, którzy popełnili zło, często odczuwają wyrzuty swego serca; dystans, obojętność i ostre słowa nie pomagają. Dlatego, zdaniem Ojca, należy zapewnić jemu serdeczne przyjęcie, które zachęci go do czynienia postępów. Ale ten ojciec dużo zrobił!: ciepłe powitanie. A czy my to robimy? Czy szukamy tych, którzy są daleko, czy chcemy weselić razem z nimi? Jak wiele dobrego może uczynić otwarte serce, prawdziwe wysłuchanie, przejrzysty uśmiech; trzeba się weselić, a nie sprawiać, by ludzie czuli się nieswojo! Ojciec mógł powiedzieć: dobrze synu, idź do domu, wróć do pracy, idź do swojego pokoju, uspokój się i weź się do roboty! I to byłoby dobre wybaczenie. Ale nie! Bóg nie może przebaczyć, jeśli nie będzie świętował! A ojciec wyprawia święto z radości, że jego syn powrócił.

I wtedy, zdaniem Ojca, musimy się cieszyć. Kto ma serce współbrzmiące z Bogiem, ten, widząc skruchę człowieka, niezależnie od tego, jak poważne są jego błędy, raduje się. Nie pozostaje obojętny na błędy, nie wskazuje palcem na zło, lecz cieszy się z dobra, bo dobro drugiego człowieka jest także moim dobrem! Czy umiemy w ten sposób patrzeć na innych?

Pozwólcie, że opowiem wam pewną historię, fikcyjną, ale ukazującą serce ojca. Trzy, cztery lata temu była taka pop opera na temat syna marnotrawnego, z całą historią. A na koniec, kiedy syn postanawia wrócić do ojca, spotyka się z przyjacielem i mówi: „Wiesz, boję się, że ojciec mnie odrzuci, że mi nie wybaczy”. Przyjaciel radzi mu: „Wyślij list do ojca i powiedz: «Ojcze, przykro mi, chcę wrócić do domu, ale nie jestem pewien, czy będziesz zadowolony. Jeśli chcesz mnie przyjąć, umieść w oknie białą chusteczkę«”. I wtedy rozpoczął podróż. A kiedy był już blisko domu, gdy droga pokonywała ostatni zakręt, ujrzał przed sobą swój dom. I co zobaczył? Nie tylko jedną chusteczkę, lecz było pełno białych chusteczek, okna, wszystko! W ten sposób Ojciec przyjmuje nas z pełnią i z radością. To jest nasz Ojciec!


Niech Dziewica Maryja uczy nas przyjmować Boże miłosierdzie, aby stało się ono światłem, w którym patrzymy na swego bliźniego.

tlum- o. Stanisław Tasiemski OP (KAI) / Watykan

 

Rozważanie przed modlitwą „Anioł Pański” 20 marca /wiara.pl

 

Drodzy bracia i siostry, dobrej niedzieli!


Znajdujemy się w centrum doświadczenia Wielkiego Postu, a dzisiejsza Ewangelia na początku przedstawia Jezusa komentującego pewne wydarzenia. Podczas gdy wciąż żywa była pamięć o osiemnastu osobach, które zginęły w wyniku zawalenia się wieży, doniesiono mu o Galilejczykach, których zabił Piłat (por. Łk 13, 1). I pojawia się pytanie, które zdaje się towarzyszyć tym tragicznym wiadomościom: kto ponosi winę za te straszne wydarzenia? Może ci ludzie byli bardziej winni niż inni i Bóg ich ukarał? Są to pytania zawsze aktualne. Kiedy przytłaczają nas doniesienia o wypadkach i czujemy się bezsilni wobec zła, często zadajemy sobie pytanie: czy to może kara Boża? Czy zsyła On wojnę lub pandemię, aby ukarać nas za nasze grzechy? I dlaczego Pan nie interweniuje?

Musimy być ostrożni: kiedy gnębi nas zło, grozi nam, że utracimy jasność myślenia, a chcąc znaleźć łatwą odpowiedź na to, czego nie potrafimy wyjaśnić, w końcu obwiniamy Boga. Często stąd bierze się okropny i zły nawyk bluźnierstwa. Ileż to razy przypisujemy Jemu nasze niepowodzenia, przypisujemy nieszczęścia świata, Temu, który – przeciwnie - zawsze pozostawia nam wolność i dlatego nigdy nie wkracza narzucając się, lecz proponując; Temu, który nigdy nie stosuje przemocy, a wręcz cierpi za nas i razem z nami! Jezus istotnie odrzuca i zdecydowanie podważa ideę przypisywania Bogu naszych nieszczęść: te osoby zabite na rozkazu Piłata i ci, którzy zginęli pod wieżą, nie byli bardziej winni niż inni i nie są ofiarami bezlitosnego i mściwego Boga, który nie istnieje! Zło nigdy nie może pochodzić od Boga, ponieważ On „nie postępuje z nami według naszych grzechów” (Ps 103, 10), lecz według swojego miłosierdzia. Taki jest styl Boga. Nie może nas traktować inaczej. Zawsze postępuje z nami z miłosierdziem.

Jezus powiada, że zamiast obwiniać Boga, musimy spojrzeć w głąb siebie: to grzech powoduje śmierć; to nasz egoizm rozrywa relacje; to nasze złe i gwałtowne wybory wyzwalają zło. W tym momencie Pan proponuje prawdziwe rozwiązanie. Co nim jest? - nawrócenie: „Jeśli się nie nawrócicie - mówi - wszyscy tak samo zginiecie” (Łk 13, 5). Jest to naglące wezwanie, zwłaszcza w obecnym okresie Wielkiego Postu. Przyjmijmy je z otwartym sercem. Nawróćmy się od zła, wyrzeknijmy się grzechu, który nas zwodzi, otwórzmy się na logikę Ewangelii: ponieważ tam, gdzie panuje miłość i braterstwo, zło nie ma już władzy!


Jezus jednak wie, że nawrócenie nie jest łatwe i chce nam w tym pomóc. Wie, że wiele razy popadamy w te same błędy i te same grzechy, że ogarnia nas zniechęcenie i być może wydaje się nam, że nasze zaangażowanie w dobro jest bezużyteczne w świecie, w którym zdaje się panować zło. Dlatego po swoim wezwaniu zachęca nas przypowieścią mówiącą o cierpliwości Boga. Musimy pomyśleć o cierpliwości Boga, o cierpliwości jaką okazuje Bóg. Daje nam pocieszający obraz drzewa figowego, które nie wydaje owoców w wyznaczonym czasie, ale nie zostaje wycięte: dano mu więcej czasu, kolejną szansę. Lubię myśleć, że dobrym określeniem dla Boga byłoby „Bóg kolejnej szansy”: On zawsze daje nam kolejną szansę, zawsze, zawsze. Tak wielkie jest Jego miłosierdzie. W ten sposób właśnie postępuje z nami Pan: nie odcina nas od swojej miłości, nie zniechęca się, niestrudzenie ponownie czule obdarza nas ufnością. Bracia i siostry, Bóg w nas wierzy! Bóg nam ufa i cierpliwie nam towarzyszy. Taka jest cierpliwość Boga wobec nas. Nie zniechęca się, ale zawsze pokłada w nas nadzieję. Bóg jest Ojcem i patrzy na ciebie jak ojciec: jak najlepszy z ojców, nie widzi rezultatów, których jeszcze nie osiągnąłeś, lecz owoce, które możesz jeszcze wydać; nie liczy twoich porażek, lecz wspiera twoje możliwości; nie rozpamiętuje twojej przeszłości, lecz z ufnością stawia na twoją przyszłość. Ponieważ Bóg jest blisko nas, jest blisko nas. Styl Boga - nie zapominajmy o tym - to: bliskość, On jest blisko, z miłosierdziem i czułością. I tak właśnie towarzyszy nam Bóg: bliski, miłosierny i czuły.

Prośmy zatem Dziewicę Maryję, aby wlała w nas nadzieję i odwagę oraz rozpaliła w nas pragnienie nawrócenia.

 Rozważanie przed modlitwą „Anioł Pański” 13 marca /wiara.pl

...Okazją do tego jest intensywny okres Wielkiego Postu. Jest to czas, w którym Bóg chce nas obudzić z wewnętrznego letargu, z tej senności, która nie pozwala Duchowi Świętemu siebie wyrazić. Ponieważ - pamiętajmy o tym dobrze - czuwanie serca nie zależy tylko od nas: jest to łaska, o którą trzeba prosić. Świadczą o tym trzej uczniowie z Ewangelii: byli dobrzy, poszli za Jezusem na górę, ale o własnych siłach nie mogli czuwać. Przytrafia si to także i nam. Jednakże obudzili się właśnie podczas Przemienienia. Możemy pomyśleć, że obudziło ich światło Jezusa. Podobnie jak oni, my także potrzebujemy światła Bożego, które sprawia, że widzimy rzeczy w inny sposób, przyciąga nas, budzi, rozpala pragnienie i siłę do modlitwy, do spojrzenia w głąb siebie, do poświęcenia czasu innym. Zmęczenie ciała możemy przezwyciężyć mocą Ducha Bożego. A kiedy nie jesteśmy w stanie tego przezwyciężyć, musimy powiedzieć do Ducha Świętego: „pomóż nam, przyjdź Duchu Święty. Pomóż mi: chcę spotkać Jezusa, chcę być czujny, przebudzony”. Trzeba prosić Ducha Świętego, aby wyrwał nas z tej senności, która nie pozwala nam się modlić....

 całość

Ewangelia liturgii drugiej niedzieli Wielkiego Postu mówi o przemienieniu Jezusa (por. Łk 9, 28-36). Gdy modli się na wysokiej górze, zmienia swój wygląd, Jego szata staje się biała i olśniewająca, a w świetle Jego chwały ukazują się Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiają z Nim o Passze, która czeka Go w Jerozolimie, to znaczy Jego męki, śmierci i zmartwychwstania.

Świadkami tego niezwykłego wydarzenia są apostołowie Piotr, Jan i Jakub, którzy weszli z Jezusem na górę. Wyobrażamy ich sobie z szeroko otwartymi oczami w obliczu tego wyjątkowego widowiska. I z pewnością tak musiało być. Św. Łukasz Ewangelista zauważa jednak, że „Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni”, a „gdy się ocknęli”, ujrzeli chwałę Jezusa (por. w. 32). Sen trzech uczniów jawi się jako dysonans. Ci sami apostołowie również zasnęli w Getsemani, podczas modlitwy trwogi konania Jezusa, który prosił ich, aby czuwali (por. Mk 14, 37-41). Zaskakująca jest ta senność w tak ważnych chwilach.

Jeśli jednak czytamy uważnie, do dostrzeżemy, że Piotr, Jan i Jakub zasypiają przed rozpoczęciem Przemienienia, to znaczy w czasie, gdy Jezus się modli. To samo wydarzy się w Getsemani. Widać, że była to modlitwa, która trwała długo, w milczeniu i skupieniu. Można sądzić, że początkowo oni również się modlili, aż w końcu zmogło ich zmęczenie i sen.

Bracia, siostry, czyż ten niestosowny sen nie przypomina może wielu naszych snów, które nachodzą nas w chwilach, o których wiemy, iż są ważne? Może wieczorem, kiedy chcielibyśmy się pomodlić, spędzić trochę czasu z Jezusem po dniu spędzonym w tysiącu biegów i zajęć. Albo gdy nadchodzi czas, by zamienić kilka słów z rodziną, a my nie mamy już sił. Chcielibyśmy być bardziej przytomni, bardziej uważni, obecni, nie przegapić cennych okazji, ale nie potrafimy, albo udaje się nam do pewnego stopnia i nie za bardzo.


Okazją do tego jest intensywny okres Wielkiego Postu. Jest to czas, w którym Bóg chce nas obudzić z wewnętrznego letargu, z tej senności, która nie pozwala Duchowi Świętemu siebie wyrazić. Ponieważ - pamiętajmy o tym dobrze - czuwanie serca nie zależy tylko od nas: jest to łaska, o którą trzeba prosić. Świadczą o tym trzej uczniowie z Ewangelii: byli dobrzy, poszli za Jezusem na górę, ale o własnych siłach nie mogli czuwać. Przytrafia si to także i nam. Jednakże obudzili się właśnie podczas Przemienienia. Możemy pomyśleć, że obudziło ich światło Jezusa. Podobnie jak oni, my także potrzebujemy światła Bożego, które sprawia, że widzimy rzeczy w inny sposób, przyciąga nas, budzi, rozpala pragnienie i siłę do modlitwy, do spojrzenia w głąb siebie, do poświęcenia czasu innym. Zmęczenie ciała możemy przezwyciężyć mocą Ducha Bożego. A kiedy nie jesteśmy w stanie tego przezwyciężyć, musimy powiedzieć do Ducha Świętego: „pomóż nam, przyjdź Duchu Święty. Pomóż mi: chcę spotkać Jezusa, chcę być czujny, przebudzony”. Trzeba prosić Ducha Świętego, aby wyrwał nas z tej senności, która nie pozwala nam się modlić.

W tym okresie Wielkiego Postu, po trudach każdego dnia, warto, abyśmy nie gasili światła w pokoju, nie stając w świetle Bożym, pomodlili się chwilę, zanim zaśniemy. Dajmy Panu możliwość, by nas zaskoczył i rozbudził nasze serca. Możemy to uczynić otwierając na przykład Ewangelię i dając się zadziwić Słowu Bożemu, ponieważ Pismo Święte oświeca nasze kroki i rozpala nasze serca. Możemy też patrzeć na Krucyfiks i podziwiać szaloną miłość Boga, która nigdy się nami nie znudzi i ma moc przemieniać nasze dni, nadawać im nowe znaczenie, inne i nieoczekiwane światło.

Niech Maryja Dziewica pomoże nam podtrzymać przytomność naszych serc, abyśmy mogli przyjąć ten okres łaski, jaki daje nam Bóg.

Rozważanie przed modlitwą „Anioł Pański” 6 marca /wiara.pl

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!

Ewangelia dzisiejszej liturgii, pierwszej niedzieli Wielkiego Postu prowadzi nas na pustynię, gdzie Jezusem, którego Duch Święty prowadził przez czterdzieści dni na miejsce, aby był kuszony przez diabła (por. Łk 4, 1-13). Również Jezus był kuszony przez diabła i nas wspomaga, każdego z nas w naszych pokusach. Pustynia symbolizuje więc walkę z pokusami zła, by nauczyć się wybierania prawdziwej wolności. Jezus przeżywa doświadczenie pustyni tuż przed rozpoczęciem swojej misji publicznej. Właśnie poprzez tę duchową walkę stanowczo potwierdza, jakiego rodzaju Mesjaszem pragnie być. Nie Mesjasz, nie ważne jaki powiedziałbym, że to jest właśnie deklaracja mesjańskiej tożsamości Jezusa, mesjańskiej drogi Jezusa. „Ja jestem Mesjaszem, ale idącym tą właśnie drogą”. Przyjrzyjmy się więc bliżej pokusom, z którymi walczy.

Diabeł dwukrotnie zwraca się do Niego, mówiąc: „Jeśli jesteś Synem Bożym...” (w. 3.9). Innymi słowy, proponuje wykorzystanie swojej pozycji: najpierw do zaspokojenia potrzeb materialnych, jakie odczuwa (por. w. 3) – głosu, następnie do powiększenia swojej władzy (por. w. 6-7), i wreszcie by uzyskać od Boga cudowny znak (por. w. 9-11). Trzy pokusy. To tak, jakby mówił: „Jeśli jesteś Synem Bożym, wykorzystaj to!”, czyli „pomyśl o twojej korzyści”. Jakże często nam się to przydarza: „Ale jeśli jesteś na takim stanowisku, wykorzystaj to! Nie trać okazji, szansy”, czyli „pomyśl o swoim zysku”. Jest to propozycja kusząca, ale prowadzi do niewoli serca: sprawia, że mamy obsesję na punkcie żądzy posiadania, sprowadza wszystko do tego, by mieć rzeczy, władzę, sławę. To jest istotą pokusy. Jest to „trucizna namiętności”, w której zakorzenia się zło. Spójrzmy w głąb siebie, a przekonamy się, że nasze pokusy zawsze mają taki schemat, zawsze taki sposób działania.

Ale Jezus zwycięsko przeciwstawia się powabom zła. Jak to czyni? Odpowiadając na pokusy Słowem Bożym, które mówi, by nie wykorzystywać, nie posługiwać się Bogiem, innymi osobami i rzeczami dla siebie samych, nie wykorzystywać swojej pozycji do zdobywania przywilejów. Prawdziwe szczęście i wolność nie polegają bowiem na posiadaniu, lecz na dzieleniu się; nie na wykorzystywaniu innych, lecz na ich miłowaniu; nie na obsesji władzy, lecz na radości służby.

Bracia i siostry, te pokusy towarzyszą także i nam na drodze życia. Musimy być czujni, nie przerażać się - zdarza się to wszystkim – i czuwać, ponieważ często ujawniają się one pod pozorną postacią dobra. Diabeł, będąc przebiegłym, zawsze posługuje się bowiem podstępem. Chciał, aby Jezus uwierzył, że jego propozycje są przydatne do udowodnienia, iż jest On prawdziwie Synem Bożym.

I chciałbym podkreślić jedną rzecz. Jezus nie rozmawia z diabłem: Jezus nigdy nie dialogował z diabłem. Albo go przepędzał, gdy uzdrawiał opętanych, albo kiedy musi odpowiedzieć, czyni to posługując się Słowem Bożym, nigdy swoim własnym. Bracia i siostry, nigdy nie wchodźmy w dialog z diabłem: jest on bardziej przebiegły niż my. Nigdy! trzeba przylgnąć do Słowa Bożego jak Jezus i co najwyżej zawsze odpowiadać Słowem Bożym. I tak postępując nie zbłądzimy.

I tak też diabeł czyni z nami: często przychodzi „ze słodkimi oczami”, „z anielskim obliczem”; potrafi się przebrać nawet w motywacje sakralne, pozornie religijne! Jeśli poddamy się jego pochlebstwom, w końcu usprawiedliwimy swój fałsz, maskując go dobrymi intencjami. Na przykład: „Robiłem dziwne interesy, ale pomagałem biednym”; „wykorzystałem moje stanowisko, jako polityka, rządzącego, księdza, ale także w dobrych celach”; „uległem swoim instynktom, ale w końcu nikomu nie zaszkodziłem”, - te usprawiedliwiania, i tak dalej, jedno za drugim. Proszę was: nie czyńmy żadnych kompromisów ze złem! Nie wolno nam dialogować z pokusą, nie wolno nam zapadać w ten sen sumienia, który każe nam mówić: „przecież to nic poważnego, wszyscy tak czynią!”. Spójrzmy na Jezusa, który nie dąży do układów, nie paktuje ze złem. Diabłu przeciwstawia Słowo Boże, które jest mocniejsze od diabła, i w ten sposób zwycięża pokusy.

Niech ten okres Wielkiego Postu będzie także dla nas godziną pustyni. Znajdźmy czas na milczenie i modlitwę – choćby chwilka dobrze nam zrobi -. W tych chwilach możemy się zatrzymać i przyjrzeć temu, co pobudza nasze serca, naszej prawdzie wewnętrznej, tej, którą znamy, która nie może być usprawiedliwiona. Uczyńmy jasność wewnętrzną, trwając na modlitwie przed Słowem Bożym, aby mogła w nas mieć miejsce dobroczynna walka ze zniewalającym nas złem, walka o wolność.


Prośmy Najświętszą Dziewicę, aby towarzyszyła nam na wielkopostnej pustyni i wspomagała naszą drogę nawrócenia.

 

 

 

Treść papieskiego apelu:

Drodzy bracia i siostry, w tych dniach zostaliśmy wstrząśnięci czymś tragicznym: wojną. Wielokrotnie modliliśmy się o to, aby nie została obrana ta droga. I nie przestajemy o tym mówić, wręcz przeciwnie: błagamy Boga coraz intensywniej. Dlatego ponawiam wobec wszystkich zaproszenie, by uczynić 2 marca, Środę Popielcową, dniem modlitwy i postu w intencji pokoju na Ukrainie. Dzień, w którym będziemy blisko narodu ukraińskiego i wszyscy będziemy czuli się braćmi, błagającymi Boga o koniec wojny.

Kto prowadzi wojnę, zapomina o ludzkości. Nie rozpoczyna od człowieka, nie patrzy na konkretne życie osób, ale stawia ponad wszystkim partykularne interesy władzy. Oddaje się diabolicznej i perwersyjnej logice broni, która jest najbardziej odległa od Woli Bożej i dystansuje się od zwykłych ludzi, pragnących pokoju. Bo w każdym konflikcie to zwykli ludzie są prawdziwymi ofiarami, którzy własnym losem płacą cenę szaleństw wojny. Myślę o starszych, o tak wielu, którzy w tych godzinach szukają schronienia, o uciekających matkach z dziećmi. To bracia i siostry, dla których potrzeba pilnie otworzyć korytarze humanitarne, którymi zostaną przyjęci.

Z sercem zdruzgotanym tym, co dzieje się na Ukrainie, nie zapominajmy o innych wojnach w różnych częściach świata, jak w Jemenie, Syrii i Etiopii. Powtarzam: niech zamilknie broń! Bóg jest z budowniczymi pokoju, nie z tymi, kto używa przemocy. Bowiem kto miłuje pokój, jak głosi włoska konstytucja, odrzuca wojnę jako narzędzie przeciw wolności innych ludów i jako środek rozwiązywania międzynarodowych sporów.

Na zakończenie papież pozdrowił też Ukraińców, znajdujących się na Placu św. Piotra